wtorek, 18 czerwca 2013

Nowi sąsiedzi

1.

Coś naprawdę niepokojącego dzieje się po drugiej stronie ulicy. Nie wiedziałem, gdzie o tym napisać – kolega powiedział mi o tej stronie. Chciałem wiedzieć, co Wy o tym sądzicie.

Około miesiąc temu, sąsiedzi z naprzeciwka (którzy mieszkali tam ponad 25 lat) nagle spakowali się i wyprowadzili. Żadnych zapowiedzi, pożegnań - nic. Nie widziałem nawet znaku „Na sprzedaż” na ich trawniku. To było starsze małżeństwo i nie byłem do nich jakoś strasznie przywiązany, ale lubiliśmy się na tyle, żeby powiedzieć „Dzień dobry” i zamienić kilka słów. Byli dobrymi, miłymi ludźmi. Było mi przykro, że wyprowadzają się w taki sposób.

Trzy dni po tym, jak wyjechali, zobaczyłem przed ich domem znak „Sprzedane”. Byłem zaskoczony, jak szybko został sprzedany – trzy dni, a ja nie widziałem żadnych ludzi oglądających go.

Minął może tydzień, zanim wprowadzili się nowi sąsiedzi. Pojawili się tylko z małą ciężarówką – nie mieli zbyt wiele rzeczy. Była to azjatycka para w średnim wieku. Pamiętam, że przyszli, żeby się przywitać (chodzili od domu do domu, żeby przywitać się ze wszystkimi, co wydawało mi się bardzo miłe). Byli spokojni, ale wydawali się mili.

Ostatniej nocy, około 2:00, obudził mnie dźwięk uderzania. Bęc, bęc, bęc. Rytmiczny i stały, jakby ktoś bez przerwy uderzał młotkiem w drewno. Wstałem z łóżka i próbowałem znaleźć źródło tego hałasu. Zajęło mi kilka sekund, żeby zdać sobie sprawę, że dochodzi on z zewnątrz. Powoli otworzyłem okno, przez które widać ulicę i dom sąsiadów. Było ciemno i nie widziałem wiele, ale dźwięk na pewno dochodził z zewnątrz, obok domu sąsiadów.

Mieszkam na końcu ulicy, więc na lewo od mojego domu jest tylko las (z perspektywy sąsiadów po prawej). Dźwięk dochodził dokładnie stamtąd. Z lasu. Bęc, bęc, bęc. Bez przerwy. Nie przyspieszał, nie zwalniał. Był niezmienny. Przechodzą mnie ciarki, gdy teraz o tym myślę.

Zamknąłem okno, myśląc, że dźwięk w końcu ucichnie. Nic takiego się nie stało. Po dziesięciu minutach nadal to słyszałem. Znowu otworzyłem okno, mając nadzieję, że dojrzę, co wydaje ten dźwięk, ale było za ciemno. Zszedłem po schodach, wziąłem latarkę i wróciłem na górę (o wyjściu na zewnątrz nie było mowy).

Podszedłem do okna, włączyłem latarkę i skierowałem ją w stronę lasu. Gdy latarka oświetliła drzewa, walenie ustało. Nagle. Cisza. Pamiętam, jak przeszły mnie ciarki, gdy to się stało. Wychyliłem się przez okno w stronę oświetlonego miejsca. Nie widziałem jednak wiele, tylko drzewa. Odczekałem jeszcze parę minut, a potem wyłączyłem latarkę, tłumacząc sobie, że to musiało być jakieś zwierzę. Dźwięk ustał, więc było w porządku.

Gdy położyłem się na łóżku – bęc, bęc, bęc. Przysięgam, po prostu mnie zmroziło. Jeszcze nigdy nie byłem tak przerażony. Nie wiem co we mnie wstąpiło, ale w końcu wyskoczyłem z łóżka, otworzyłem okno i krzyknąłem „HEJ!” Zrobiło się cicho.

Do rana było spokojnie, nie słyszałem już nic.

Ale potem zrobiło się jeszcze dziwniej. Obudziłem się rano, nie myśląc o tym, co zdarzyło się w nocy i gdy wychodziłem do pracy, zobaczyłem to.

W głębi lasu, obok domu sąsiadów, stała zniszczona szopa, której nie widziałem wcześniej. Nie wiem nawet czy można to nazwać szopą. Nie miała więcej, niż 2 metry wysokości i była na tyle szeroka, żeby pomieścić kilka osób. Zaniepokoiło mnie to, jak bardzo była zniszczona, mimo, że wcześniej jej tu nie było. Szopa miała dwoje drzwi z owalnymi oknami, drzwi były zardzewiałe i po prostu wisiały na zawiasach. Dach był pochylony do wewnątrz, a ściany krzywe. Wyglądało, jakby wszystko miało się zaraz zawalić.

Wtedy zacząłem się zastanawiać, co do cholery wybudowali moi sąsiedzi. O drugiej w nocy. Hałas musiał pochodzić od młotka. Ale serio, co jest do diabła? O tej godzinie?

Teraz siedzę w moim pokoju i piszę to do was, bo tylko o tym mogę myśleć, odkąd coś znów zaczęło uderzać. Dźwięk nie ustał – słyszę go w tym momencie. Jednak to nie wszystko. Teraz widzę światło dochodzące z szopy. Mogę je dojrzeć z mojego pokoju, tak po prostu.

Walenie słychać dokładnie z miejsca, w którym jest szopa. Jest pierwsza w nocy. Nie mam pojęcia, o co tu chodzi.

Wiem, że wielu z was mi nie uwierzy, więc zrobiłem zdjęcia tej szopy. Zostały wykonane iPhonem, przepraszam za marną jakość. Pierwsze zrobiłem rano, kiedy zobaczyłem ją po raz pierwszy. Drugie zrobiłem teraz – możecie wyraźnie zobaczyć światło.



Nie wiem, czy mam zadzwonić na policję, czy-

O Boże. Walenie właśnie ustało.

Ktoś zaczął krzyczeć na zewnątrz.

2.

Wow. Dobra. Muszę pozbierać myśli, więc bądźcie dla mnie wyrozumiali. Mało spałem – zarywałem noce obserwując tę szopę, więc wybaczcie, jeśli coś pomieszam lub napiszę nie po kolei. Nie umiem opowiadać historii – po prostu chciałem wam zrelacjonować te wydarzenia.

Większość z was pewnie pamięta mój ostatni wpis o dziwnym zachowaniu sąsiadów.

Pamiętacie krzyk? Nadal nie wiem czyj on był, ani skąd dobiegał. Miałem wrażenie, że dochodził ze strony tej szopy, ale nie mam pewności. Brzmiał jakby krzyczała kobieta, ale mógł to być też młody mężczyzna. Tylko zgaduję. Tamtej nocy nie słyszałem już więcej krzyków ani uderzeń, tak samo, jak przez kilka następnych. Nie mam jednak wątpliwości, że ktoś wciąż używa tej budy.

Pierwszej nocy po usłyszeniu krzyków, przesiedziałem całą noc obserwując szopę. Niczego nie zauważyłem. Żadnego światła, żadnych dźwięków, żadnych przechodzących ludzi. Zasnąłem gdy słońce zaczęło wschodzić, około 6:00, mocno zirytowany.

Kolejnej nocy (kilka dni temu) zaczęło być ciekawie. Znowu nie spałem, tylko czekałem na dźwięki. Nie doczekałem się, ale dokładnie o 2:00 w szopie zaświeciło się światło. Nie widziałem, żeby ktoś tam wchodził. Na pewno bym to zauważył.

Świeciło się dokładnie przez 2 godziny. O 4:00 zgasło. Tak pozostało przez całą noc. Znowu - nie zauważyłem, żeby ktoś stamtąd wychodził.

Powtarzało się to przez kilka następnych nocy. 2:00 – światło się włącza, 4:00 – światło się wyłącza. Ani razu nie zauważyłem, żeby ktoś tam był.

Zacząłem się niepokoić, w końcu powiedziałem o wszystkim mojemu koledze (temu, który powiedział mi o tej stronie). Zgodził się, żeby pójść i sprawdzić, co tam jest.

Po południu zakradliśmy się do lasu i poszliśmy w stronę tej budy. Drzwi były mocno zardzewiałe, włożyliśmy dużo wysiłku, żeby otworzyć chociaż jedne. Stwierdziłem, że to nie ma sensu. Dwóch dorosłych facetów ledwo otworzyło te drzwi – niemożliwe, żeby tym drobnym Azjatom się to udało. Musieliby to zrobić bezszelestnie.

Otworzyliśmy drzwi, zajrzeliśmy do środka – i nic. Było kompletnie pusto. Żadnej lampy zwisającej z sufitu, żadnego włącznika światła. Nie było tam nic.

Oprócz podłogi. Prawie tego nie zauważyliśmy.

Do drewnianej podłogi był przyczepiony mały, metalowy uchwyt w kształcie półkola. Jeden z takich, które służą do otwierania zapadni w podłodze.

Spojrzałem na mojego kumpla, zdecydowaliśmy, żeby za niego pociągnąć. Nic to nie dało. Szarpnęliśmy kilka razy, ale klapa była zamknięta od środka. Każde szarpnięcie wydawało głośne uderzenie.

Wtedy się przeraziłem. To był dźwięk, który słyszałem w nocy. Ktoś próbował otworzyć zapadnię.

Ludzie…

Myślę, że coś tam jest.

3.

Muszę was przeprosić, że się nie odzywałem – miałem wrócić do tej szopy w tamten weekend, ale żona mojego kumpla (tego, który miał ze mną iść) urodziła dziecko, więc przez tydzień nie miał wolnej chwili. Nie pisałem, bo nie miałem nowych informacji, a nie chciałem iść sam. Jeszcze raz przepraszam.

Ostatniej nocy (w niedzielę) mój kumpel w końcu do mnie przyszedł. Chcieliśmy wrócić do szopy, żeby lepiej przyjrzeć się zapadni, spróbować ją otworzyć i zrobić parę zdjęć. Rozważaliśmy zabranie łomu, ale w końcu zrezygnowaliśmy – mógłby narobić za dużo hałasu. Mieliśmy nadzieję, że uda się nam ją podważyć i jakoś odblokować.

O 1:00 przeszliśmy przez ulicę, w stronę podwórka sąsiadów. Czekaliśmy do późna, żeby mieć pewność, że śpią. Nie chcieliśmy ryzykować, że nas zobaczą.

W ich domu nie świeciło się żadne światło, więc stwierdziliśmy, że zasnęli. Nie wzięliśmy latarek – nie chcieliśmy, żeby zauważyli światło. Zamiast tego mieliśmy używać świateł z naszych telefonów – były ciemniejsze niż latarka, ale wciąż na tyle jasne, żeby z nich korzystać. Gdy byliśmy na miejscu, szopa wyglądała na większą, niż mi się wydawało. Zrobiłem jej zdjęcie z zewnątrz, ale wyszło nieostre i ciemne – nie chciałem włączać lampy błyskowej zaraz przy domu sąsiadów. Właśnie zgrywam zdjęcia na komputer, może uda się wam coś zobaczyć, gdy je zamieszczę.

Z trudem udało się nam przejść przez drzwi. Tak, jak przedtem, szopa była całkowicie pusta. W ciemności wyglądało to trochę strasznie. Uchwyt wciąż tam był, nic się nie zmieniło od naszej ostatniej wizyty. Zrobiłem kilka zdjęć uchwytu, zapadni i wnętrza szopy. Mój kumpel powiedział, że chce otworzyć klapę. Pociągnął za uchwyt, a zapadnia…po prostu się otworzyła. Nie była zablokowana. Pociągnął dość mocno, bo spodziewał się, że będzie zamknięta a ona prawie go uderzyła. Pamiętam jego spojrzenie, po prostu gapił się na mnie, kucając, bez jakichkolwiek emocji. Nie mogliśmy uwierzyć.

I wtedy ją zamknął. Nie chciał tam zejść. Naprawdę nie spodziewaliśmy się, że to się otworzy. Cały czas powtarzał: „Chodźmy stąd, chodźmy stąd”, ale ja ubłagałem go, żeby zostać jeszcze przez chwilę. Podniosłem klapę, próbując dojrzeć, co pod nią jest. Było ciemno, ale zobaczyłem schody. Dosyć strome betonowe schody, które prowadziły do korytarza. Nie widziałem, co było dalej. Po obu stronach były cienkie, drewniane balustrady. Udało mi się zrobić dość wyraźne zdjęcie (światło w dolnej części zdjęcia pochodzi z telefonu kolegi).

I do cholery…zeszliśmy w dół. Sam w to nie wierzę, ale zeszliśmy po tych schodach.

Musieliśmy się schylić dość nisko, bo drzwi nie otwierały się całkowicie (przyparliśmy je kamieniem, żeby się nie zamknęły). Było około 25 betonowych stopni. Na dole znajdował się korytarz, który po kilku metrach skręcał w lewo. Poszliśmy do przodu, skręciliśmy i zastaliśmy trochę większą przestrzeń. Było ciemno, ale gdy zeszliśmy pod ziemię, włączyliśmy latarki w naszych telefonach. I chyba nadal nie do końca rozumiem to, co zobaczyliśmy.

Był to jeden długi pokój, szerokości szkolnego korytarza, a przy ścianach znajdowało się pełno gnijących i rdzewiejących szafek. Było ich tak dużo, że pokrywały całą dolną część ścian pokoju. Sięgały mi do ramion. Każda miała przyklejony mały biały pasek z tekstem „Brak sygnału”, napisanym na maszynie. Wszystkie napisy były takie same, każdy jeden. Otworzyliśmy większość szafek – były puste. Na jednej z nich stał stary monitor od komputera z lat 90 (taki z ogromnym tyłem). Nie był podłączony, ale na ekranie było coś wypalone. Było trudno dojrzeć, ale wyglądało to jak jakiś program do wprowadzania danych, który utrwalił się na ekranie. Widziałem dużo białych, pustych pasków do wpisywania tekstu i szarych przycisków pod nimi. Niestety, nie mogłem odczytać żadnych słów, wszystko było niewyraźne.

Ale potem zrobiło się jeszcze dziwniej. Na końcu korytarza, przed nami, były normalnej wielkości metalowe drzwi. Nie miały klamki, ani uchwytu. Za to w ich górnej części był wizjer.

Gdy w niego spojrzałem, serce mi zamarło.

Wizjer znajdował się po drugiej stronie drzwi. Był skierowany na nas. Na korytarz z szafkami.

Pokazałem to mojemu kumplowi, a on tylko stał i się patrzył. A potem uciekliśmy stamtąd, najszybciej jak mogliśmy.

Jest już naprawdę późno, jesteśmy teraz u mnie w domu i próbujemy zrozumieć to, co widzieliśmy. Dopiero teraz się zorientowałem – na dole nie było żadnego źródła światła. Ani jednej żarówki, czy przełącznika. Skąd więc, do cholery, pochodziło światło, które widziałem wcześniej? Co chwilę patrzę przez okno – światła teraz nie ma. Jeśli się pojawi, chyba tam pójdziemy. Mój kumpel nie chce wracać – ale ja nie wiem. Zobaczymy.

Nie ma szans, żebym zasnął. Wciąż myślę o tych szafkach. I drzwiach. Z wizjerem patrzącym na korytarz.

Uderzanie! Właśnie teraz zaczął się hałas!

Światło się świeci, Jezu Chryste, świeci się! Nadal słychać walenie, na sto procent dochodzi z tej budy.

Wracamy, wracamy tam teraz. Zdjęcia muszą poczekać, mam je na telefonie. Zabieram go ze sobą, gdyby trzeba było jeszcze jakieś zrobić, albo zadzwonić na policję.

Napiszę wam wszystko gdy wrócimy…o Boże, ktoś krzyczy.

Dźwięk dochodzi z szopy.


Polskie tłumaczenie zawdzięczamy Lupus28 z paranormalne.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz